Autor Wątek: Mike Oldfield  (Przeczytany 12696 razy)

Offline merlin1973

  • maniak
  • *******
  • Wiadomości: 3184
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #75 dnia: Maj 14, 2017, 15:43 »
Jutro urodziny 64 obchodzić bedzie Mike Oldfield  :)
Ale nie o wieku a o ostatniej płycie która wyszła w styczniu a
chodzi dokładnie o "Return To Ommadawn".
Przesłuchałem ją kilkanaście razy, pierwsze odsłuchy nie przekonały mnie :(
dopiero teraz powoli zaczyna do mnie docierać.
Nie napisze recenzji bo byłaby nie obiektywna jako,ze to mój idol  :o
Ale mój kolega Andrzej Masłowski napisał i pozwolił mi ją opublikować u nas :)

Pozdrawiam S.CH.

WOY

  • Gość
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #76 dnia: Maj 14, 2017, 17:34 »
Bardzo ładna jest recenzja Twojego kolegi. Widać że to prawdziwy fan.
Są jednakowo i tacy co uważają tą płytę za mocno przeciętną, nawet słabą. Pozwolę sobie wkleić recenzję Pana Wojciecha "Foreth" Bierońskiego. Oto ona:
 
"Żyjemy w czasach dużej swobody artystycznej. Dzięki powszechnemu dostępowi do informacji popularyzować można właściwie wszystko, na co twórca ma ochotę. Wolno przeczyć oczywistym trendom, ignorować rady autorytetów i stawiać na pomysły, zdawałoby się, karkołomne. Wystarczy, że artysta znajdzie klucz, by dziełem zainteresował się odbiorca. A tym kluczem często jest nostalgia.

Jej siłę widać dobrze na przykładzie platform crowdfundingowych. To dzięki nim upowszechniają się pomysły - nazwijmy to - nieoczywiste. Wielkie powroty na poły już zapomnianych twórców i serii odnotowały w ostatnich latach szczególnie branże filmowa i gier video. Mamy zatem dobre czasy dla wszystkiego, co wspomina się… no właśnie, z nostalgią.

Ów marketingowy wymiar nostalgii sprawia, że bywa ona prawdziwą siłą napędową  przedsięwzięć artystycznych. Czasami jednak obietnica wskrzeszenia dawnych emocji kończy się rozczarowaniem. Dawna magia nie działa, ponieważ działała tylko w konkretnym czasie, miejscu i kontekście. Tym samym obietnica okazuje się złudzeniem, o czym odbiorca najczęściej przekonuje się w momencie, gdy wydał już pieniądze.

Dlaczego o tym piszę? Zaryzykowałbym tezę, że podobny zamiar miał Mike Oldfield. Oczywiście nie chodzi mi o jakiś misterny plan wydudkania słuchacza, lecz wyłącznie o to, że Return to Ommadawn na papierze wygląda na podręcznikowy przykład dzieła, które usiłuje wypłynąć na nostalgii. Ile tu obietnicy! Tytuł sugeruje sequel wspaniałego albumu z 1975 r. Okładka, choć nieco kiczowata, znamionuje klasycznie oldfieldowy klimat. Do tego dochodzi podział na dwa długie utwory, zatytułowane rzecz jasna Part 1 i Part 2. Brzmi to wszystko jak manifest. Będę puszczał do was oczka - zdaje się mówić fanom Mike Oldfield.

I faktycznie, na nowym albumie “oczek” dostrzec można mnóstwo. Nawiązania do charakterystycznej wokalizy z Ommadawn? Check. Zapętlony temat na bębnach po finałowej sekwencji pierwszego utworu? Check. Znajomo brzmiący dziecięcy chórek i okrzyk “Hey and away we go”? No jasne. Mnogość rwanych, szarpanych solówek? Pewnie, że tak. Do tego jeden z tematów gitarowych wygląda na mały ukłon w stronę tytułowej kompozycji z Voyagera.

Marketingowo Oldfield przemyślał to więc wzorowo. Wszystko, co wyróżniało pierwszy Ommadawn, na nowym wydawnictwie w jakiś sposób powraca, a przynajmniej powrócić próbuje. Zawory nostalgii odkręcono na maksa; pod tym względem jest to przemyślany projekt o określonym celu. Słuchacz ma wspomnieć stare dobre czasy i, wiedziony aurą sequela świetnego albumu, kupić Return to Ommadawn.

I wszystko byłoby okej, gdyby nie jeden mały problem. Na tej płycie brakuje dobrej muzyki.

Gdy już wygrzebiemy się spod zwałów nostalgii, szydło z wora wychodzi niestety szybko. Ciężko na nowym Ommadawnie znaleźć cokolwiek, na czym można zawiesić ucho - i aż samemu trudno mi w ten wniosek uwierzyć, bo przecież folk jest muzyką, która wyjątkowo łatwo zostaje w głowie słuchacza. Brak siły wyrazu zahacza tu jednak o poziom dosyć rażący. Trudno nawet powiedzieć, że płyta “ma momenty”, mimo że po kiepskiej pierwszej kompozycji, w drugiej od czasu do czasu robi się ciekawiej, a struktura ponad dwudziestominutowego utworu zaczyna przypominać coś względnie sensownego. Generalnie jednak wieje nudą. Gdy słucham Return to Ommadawn, mam przed oczami obraz Mike’a Oldfielda, który siedzi sobie w swojej rezydencji na Ibizie i nie wiedząc, jak spędzić lato, które trwa tam cały rok, postanawia nagrać płytę, nie mając na nią specjalnie pomysłu.

Najbardziej in minus zaskakuje chyba ubogość aranżacyjna. Artysta przez całą swoją karierę podążał raczej w kierunku przeciwnym. Tworzył czasami lepsze, czasami gorsze, czasami ambitniejsze, a czasami bezpieczniejsze, ale zwykle pięknie i bogato zaaranżowane kompozycje. Bywało, że nie stronił od minimalizmu, ale był to minimalizm perfekcyjnie uchwycony, wpleciony w spójną muzyczną narrację. Na tym tle spora część Return to Ommadawn brzmi jak demo, i to takie demo, którego lepiej nie pokazywać potencjalnemu wydawcy. Poszczególne fragmenty składające się na długie suity wydają się jakby ukończone w połowie, połączone są chaotycznie, a i melodycznie mogłyby czasem czymś zaskoczyć. Brakuje pierwiastka magii. Większego wysiłku artystycznego.

O tego typu płytach często mówi się, że są “dla prawdziwych fanów”. Pojawiły się już zresztą recenzje, w których takie zdanie pada. W tych określeniach jest coś deprecjonującego. Sugerują bowiem, jakoby ów fan miał mniejsze oczekiwania niż reszta i można mu było wcisnąć wszystko. Na przykład album, który miał potencjał na wysokiej klasy odgrzanego kotleta (i piszę to bez cienia ironii, to komplement!), a który tę szansę popisowo marnuje.

Return to Ommadawn to płyta zagrana na niezwykle wesołą nutę (“jedynka” o wiele bardziej niż tajemnicza i enigmatyczna). Czuję po niej jednak raczej przygnębienie. Zaliczam się do wiernych fanów Oldfielda. Jego wczesne dzieła wraz z późniejszym Voyagerem to dla mnie kanon muzyki folkowej, a wpadające w ucho piosenki artysty z lat osiemdziesiątych często są moim muzycznym towarzyszem w podróży. Return of Ommadawn jako "płytę dla fanów" trudno mi jednak polecić. Nostalgia to potężna siła, ale nie aż tak potężna, by można nią usprawiedliwić album stuprocentowo w duchu progresywno-folkowego dorobku artysty, ale w gruncie rzeczy niestety mocno przeciętny."

http://mlwz.pl/recenzje/plyty/18124-mike-oldfield-return-to-ommadawn

Od siebie dodam że jest mi bliższa.

Online gratefullde

  • Muzyka muzyka muzyka
  • moderator
  • *******
  • Wiadomości: 4233
  • Wolę błąd en­tuzjas­ty od obojętności mędrca
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #77 dnia: Maj 14, 2017, 17:51 »
No i wiadomo, jeden rec podszedł do albumu emocjonalnie bo lubi a drugi dystansował się od początku. Takie życie.
Moim zdanie płyta niezła, fajna ale nie wysłucham jej drugi raz zbyt prędko. Jest tyle innych, ciekawszych na które musi starczyć czasu.
Kondo KSL M7 Tube Preamplifier by Mac ~ Accuphase clone amplifier by China Mean ~ Audio Nirvana - InAudio ~ Sony PSX-70 ~ pre phono ecc83 Gennett ~ Dynavector 20x2 ~ Raspberry Pi 3 Digi Plus Pro ~  Tomanek ~ Questyle CMA 600i ~ Denon AH-D7200 ~ NeoTech  ~ Tellurium Q Black II ~ Yamaha CDX-9

Online miniabyr

  • maniak
  • *******
  • Wiadomości: 5965
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #78 dnia: Maj 14, 2017, 17:51 »
Hmm a gdzie jest ta pozytywna recenzja ? Bo na razie mamy głos sceptyczny
Niech żyje Dupa prezydent wszystkich Wolaków.

Online gratefullde

  • Muzyka muzyka muzyka
  • moderator
  • *******
  • Wiadomości: 4233
  • Wolę błąd en­tuzjas­ty od obojętności mędrca
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #79 dnia: Maj 14, 2017, 17:53 »
Hmm a gdzie jest ta pozytywna recenzja ? Bo na razie mamy głos sceptyczny

W wątku obłok ;)
Kondo KSL M7 Tube Preamplifier by Mac ~ Accuphase clone amplifier by China Mean ~ Audio Nirvana - InAudio ~ Sony PSX-70 ~ pre phono ecc83 Gennett ~ Dynavector 20x2 ~ Raspberry Pi 3 Digi Plus Pro ~  Tomanek ~ Questyle CMA 600i ~ Denon AH-D7200 ~ NeoTech  ~ Tellurium Q Black II ~ Yamaha CDX-9

Online miniabyr

  • maniak
  • *******
  • Wiadomości: 5965
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #80 dnia: Maj 14, 2017, 18:17 »
Merlin wklej recenzję  tu !
Niech żyje Dupa prezydent wszystkich Wolaków.

Offline merlin1973

  • maniak
  • *******
  • Wiadomości: 3184
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #81 dnia: Maj 14, 2017, 18:42 »
Recenzja Andrzeja Masłowskiego.
Był taki czas, kiedy Mike Oldfield nosił się z zamiarem nagrania drugiej części "Ommadawn". Skończyło się jednak nietrafionym "Amarok". Jednak plany odłożone na później wreszcie po ponad ćwierć wieku zostały zrealizowane. Dla spełnienia ponoć wynikającego z przypływu chwili, ale też chyba trochę na utarcie nosa niedowiarkom, iż tego wybitnego Artystę nie tylko stać na kolejne epizody Dzwonów Rurowych. Fakt, Oldfield myśli już o czwartej części, ale póki co, do sprzedaży trafiło "Return To Ommadawn". Przepiękne, wielobarwne, nawiązujące brzmieniem i bogactwem instrumentów do jego dzieł z lat siedemdziesiątych. A więc do początków kariery i epoki bezpowrotnie minionej, kiedy to realizował się w wielowątkowych dziełach, typu: "Tubular Bells", "Hergest Ridge" czy właśnie "Ommadawn". Każde stanowiło za suitę, i tylko z uwagi na ograniczenia nośnika winylowego muzyk dzielił je na dwie podobnych rozmiarów części. "Return To Ommadawn" pod tym względem zachowuje dawną tradycję. Muzyczną także.
Chyba nikt nie spodziewał się takiej płyty. Tak cudownie staroświeckiej. Z mnogością wykorzystanych instrumentów (gitara, mandolina, harfa, flet, piszczałki, rytualne bębny, organy, melotron, bandżo, ukulele, i można by tak jeszcze długo....), na których to wszystkich tradycyjnie zagrał we własnym domowym studio. Zresztą nie tylko, całość również skomponował, zaaranżował i wyprodukował.
Po ponad czterdziestu latach od pierwszej "Ommadawn", która uchodzi za jedną z dwóch najważniejszych Oldfieldowskich płyt, przyszedł czas na udowodnienie sobie i innym, że wciąż potrafię.
Dwa razy po nieco ponad dwadzieścia minut muzyki, w której zawarte zostało wszystko, co charakterystyczne dla dawnych osiągnięć Oldfielda, a przy tym całość urzekająca świeżością. Choć mówimy przecież o albumie wyzbytym wszelakiego rodzaju komputerów, elektroniki i innych diabelstw, do których tak mocno ciągnęło naszego bohatera nie tylko przecież w latach ostatnich.
Powstała muzyka elegancka, nasączona delikatnością, nieopisywalnie uroczymi motywami i melodiami. Chciałoby się rzec - bliska dziełu z 1975 roku, a przecież można pójść dalej i niczym nie ryzykując dodać: równie zachwycająca.
"Return To Ommadawn" zachowuje podobną konstrukcję, dramaturgię i dawny urok. Od samego początku wiedziałem, że przede mną coś niezwykłego. Od pierwszych taktów akustycznej gitary i klawiszowych pasaży, a później jeszcze tego charakterystycznego basu - wyjętego niczym z końcowej fazy pierwszej części "Dzwonów Rurowych". Ach, a to dopiero kilka najwcześniejszych minut. Później dochodzi mandolina, a z każdą kolejną chwilą inne instrumenty. Oldfield wachluje nastrojem, raz tonuje, by za moment pograć pełnią barw. Główny motyw kompozycji w zasadzie nas nie opuszcza, a jednak częste zmiany tempa i bogactwo instrumentarium trzymają słuchacza w napięciu, nie tracąc jego czujności nawet na ułamek sekundy. Gdzieś na około siedem minut przed końcem do głosu dochodzą afrykańskie bębny, dziecięcy chór i ponownie na pierwszym planie staje gitara akustyczna, która inicjuje finałową fazę pierwszej części. Nieco później ten akustyczny instrument już tylko tworzy podkład, a pierwsze skrzypce przejmuje malownicza gitara elektryczna. I gdy wydaje się, że zaraz wszystko wybuchnie, następuje długa chwila ukojenia. I tak już do samego końca, przez nieco ponad dwie minuty. Niezwykły folkowy temat, wyczarowany fletem, akustyczną gitarą, malowniczością natury. Cudo.
Podobnie rzecz się przedstawia w drugiej części albumu, ale to już proszę w domowym zaciszu, bez zbędnych słów...
Czarująca, malownicza, anachroniczna, cudowna płyta. Jak wielbię tego faceta, tak mimo wszystko nie spodziewałem się.
Pozdrawiam S.CH.

Offline rudy-102

  • maniak
  • *******
  • Wiadomości: 9579
Odp: Mike Oldfield
« Odpowiedź #82 dnia: Marzec 12, 2018, 07:54 »
Laski zrobiły z tego trochę jazgotu, ale w sumie bardzo fajnie im to wyszło.